niedziela, 28 maja 2017

Troszkę spóźniona wiosna

Tak, to prawda, nie było mnie tu całe wieki - pisałam maturę i postanowiłam sobie, że nie będę się rozpraszać i o ile bąble towarzyszyły mi w codziennym życiu, o tyle nie brałam ich na zdjęcia, bo to zwyczajnie czasochłonne, a tego czasu nie miałam (miała go matematyka). Mam nadzieję, że to wyrzeczenie, które sporo mnie kosztowało opłaci się i wyniki nie doprowadzą mnie do załamania nerwowego... Nie sądzę żeby miało się to skończyć tak negatywnie, ale mimo wszystko troszkę się boję.

Odkryłam też, że dłuższa lalkowa przerwa doprowadziła do tego, że znów zaczynam mieć małego cykora przed wychodzeniem z bąblami na dwór i przeskoczenie go nagle po przerwie było niewykonalne i skończyłam nadrabiając wiosenne zdjęcia (których początkiem wiosny nie robiłam) w domowych warunkach. Hayul i Dana (Pullip Merl) Gabrysi nie wydają się jednak zawiedzeni i po raz kolejny pokazali się jako moje ukochane, blond prawie-bliźniaki i mam nadzieję, że was też nie zawiodłam... W każdym razie, bez zbędnego przedłużania, dziś Hayul i Dana.































Wypadającą rękę Dany zauważyłam dopiero zrzucając zdjęcia na komputer za co bardzobardzobardzo przepraszam, razi mnie to strasznie, ale całość zdjęć podoba mi się tak bardzo, że postanowiłam dodać je mimo tego.

A co u bąbli oprócz niesłabnącej więzi Dany i Hayula, który wciąż do niej lgnie? Jidan ma nowe włoski, oczka i ciałko czego z racji mojej przerwy nie pokazałam mimo, że zmiany te są sprzed paru dobrych miesięcy, ale spokojnie, nadrobię to. Tak jak i pokój chłopców, który stoi gotowy!

wtorek, 21 lutego 2017

Jidan

Wbrew pozorom - nie umarłam ani nie porzuciłam bloga, po raz milionowy za to powtórzę, że zima daje mi w kość i mimo tony czasu, który bąblom poświęcam, czas zdjęciowy to baaardzo malutka jego część. Poza tym przeżyłam małe załamanie nerwowe czekając 1,5 miesiąca na paczkę, z czego miesiąc obserwując tracking, który utknął w Turcji i ani myślał się ruszyć. Ale się doczekałam i po tym długim, męczącym okresie, 20 lutego 2017 (czyli jako zodiakalne Ryby) przybył do mnie Jidan!






W tym miejscu z całego serca przepraszam za zdjęcia z unboxingu - są tragiczne, była późna godzina bez światła, a mi trzęsły się ręce z emocji i mało brakowało żebym się jeszcze popłakała. Ale dziś dorobiłam Jidanowi więcej zdjęć, dużo lepszych i one są dalej, po tym nieszczęsnym unboxingu, którego, jakkolwiek kiepski, nie mogłam tu nie zawrzeć.






Na pierwszym zdjęciu są 2 pudełka - nie, nie dorobiłam się bliźniaków, po prostu razem z moim Jidanem, kolejny bąbel dotarł do mojej siostry, ale myślę, że pochwalenie się nim leży już w jej interesie, więc nie będę psuć tej aury tajemniczości i skupię się na Jidanie, który, jak widać, jest kolejnym Isulkiem w mojej bąblowej rodzince.




Zapudełkowany, niewyraźny Jidan to... Isul Milk Tea, wymarzony, wyczekany i o mój Boże, w rzeczywistości jeszcze piękniejszy niż na zdjęciach. Ciągle go tykam w buźkę i nie wierzę, że naprawdę tu jest. 




Przy unboxingu Hayula mówiłam o damskich falbankach - cofam. Jidan przeszedł samego siebie, zawinięty w falbaniasty gorsecik i wciąż jakimś cudem wyglądając dobrze.




Z emocji zapomniałam o zdjęciach takich pierdółek jak urocze karteczki wyjaśniające funkcjonowanie stojaka i eyemechu i biję się w pierś, ale jak kogoś ten uroczy dodatek interesuje, to identyczne pokazywałam w unboxingu Hayula. Zdjęć karty za to nie mogłam sobie odpuścić, bo jakkolwiek niezrozumiała dla mnie jest, tak estetycznie trafiła w mój gust w stu procentach.




Czwarty stojak w mojej skromnej kolekcji i póki co podoba mi się najmniej - nie gustuję zbytnio w takich kolorkach, ale i tak jest śliczny, no i pasuje do Jidana. Przynajmniej w jego stockowej wersji, bo już dziś zaczynamy jego metamorfozę, a kto widział Sonyeo, Woori i Hayula ten wie, że ze stockowymi wersjami siebie niewiele mają współnego. Z Jidanem inaczej nie będzie.




No i pierwsze, beznadziejne zdjęcie odpudełkowanego Jidana, które dodaję nie dlatego, że jest ładne (bo nie jest, widać mój zabałaganiony pokój, robione jest na progu na balkon, a sam Jidan wygląda conajmniej niewyraźnie), a bardziej jako pamiątkę dla samej siebie. Pierwsze zdjęcie Jidana na pozapudełkowej wolności i ostatnie zanim zaczęłam go przytulać i zasypywać znajomych jego zdjęciami robionymi na szybko telefonem. "Aaaaaa on tu jest" byłoby jego tytułem, gdybym tytułowała swoje zdjęcia.

I tu koniec wczorajszych emocji i zaczynają się dzisiejsze - równie intensywne, ale na pewno bardziej przemyślane, ładne i estetyczne. I przy lepszym świetle (dzięki Bogu!).






Stockowa sesja Jidana to jedna z moich najbardziej spontanicznych, zdjęciowych przygód - najpierw marzyłam o zdjęciach na śniegu, ale zanim ruszył się z Turcji, zima dawno sobie poszła, później wymyśliłam sesję na dworze, w leśnej stylistyce mori, bo w końcu w niej utrzymany jest jego stock, ale rozpadało się tak, że na myśl o wyjściu do sklepu coś się we mnie przewraca. Ostatecznie, ku niezadowoleniu mamy, wciągnęłam dywan na kanapę i wyszło dużo lepiej niż planowałam i nie wiem, czy poprawiłam się zdjęciowo czy po prostu Jidan wygląda niesamowicie "wow".





Jakkolwiek w jego stocku wizualnie jestem zakochana, bo wygląda tak delikatnie i ślicznie, że ojeju, to buty kompletnie do mnie nie przemawiają. Znaczy, są ładne i wykonane bardzo fajnie, ale ja bym takich nie założyła, a bąble ubieram w moim stylu, więc widok Jidana w nich zwyczajnie mnie drażni. Za to reszta stocku, ojeju, ilość detali zwaliła mnie z nóg i mam wrażenie, że wciąż nie wychwyciłam wszystkiego.






Licząc elementy stocku po zdjęciu go z niego naliczyłam... 9 części. Na zdjęciach promocyjnych, zanim dorwałam Jidana w łapki naliczyłam może 6 i tu duży podziw dla Groove, że upchali tyle pierdółek wciąż robiąc z nich spójną całość, która dobrze współgra i nie wygląda przesadnie.






Za to jego buźka... Ojeju, dalej się nie nazachwycałam. Milk Tea wydaje się modelem z dość mocnym i ciemnym makijażem, a w rzeczywistości wygląda delikatnie i uroczo, mimo ciemnych brwi i ciemnego cienia na oczach. I ojeju, te brwi - zwracam na nie ogromną uwagę, a Jidan podbił nimi (i nie tylko nimi) moje serce. Oprócz tego, oczka tego modelu wydają się niesamowicie ogromne nadając mu wygląd bezbronnego pieska. Poważnie, jestem zauroczona.






Torebeczka (razem z czapeczką) to chyba mój ulubiony element stocku, jest cudownym uzupełnieniem dla tych wszystkich koronek i falbanek i bieli i beżu i wstążeczek i kwiatków, a jej kolory i wykonanie... Cudo, poważnie. Sama bym chętnie coś wykombinowała żeby nosić ją jako bransoletkę, ale boję się, że coś zepsuję.






A kiedy z Jidanem myśleliśmy, że spontaniczność tej sesji sięgnęła zenitu pojawiła się ona... Krówka, moja kotka, która nie dość, że położyła się spokojnie jak nigdy to jeszcze z chęcią przyjęła na swój grzbiet małego kolegę i idealnie wpasowała się kolorystycznie. Nad zdjęciami Jidana z Krówką, mimo, że zrobiłam je z godzinę temu, już rozpływają się wszyscy domownicy, z mamą na czele.






W zachwycie nad buźką Jidana i chęcią do współpracy Krówki zapomniałam o jednej z najlepszych rzeczy w całym tym arrivalu - stockowy wig Jidana to cudo, jest tak miękki, że nie mogę tego przeżyć, a w porównaniu z nim, stockowy wig Hayula, który też nie jest zły, wypada jak ogromna porażka. Aż szkoda mi go zmieniać mimo, że nowa fryzurka, która dopiero do nas idzie jest chyba jeszcze lepsza, choć nie wiem, czy to możliwe. 






No i Jidan z Krówką się żegnają, bo w całej tej radości pozapudełkowego życia i nowego domownika czeka nas dużo pracy, a Jidan pozbędzie się dziś zarówno stocku, jak i oczu i ciałka (które w ciągu niecałych 24 godzin już doprowadziło mnie do szewskiej pasji, ale nie będę się nad tym rozwodzić, bo mi jeszcze żyłka pęknie). Idę zachwycać się nim dalej i coś czuję, że następnym razem wpadnę tu po krótszej przerwie niż teraz - w końcu ta nieszczęsna zima już się kończy, a u nas zaczyna się etap wielkiej rodziny (gdzie moje 500+?).

niedziela, 15 stycznia 2017

Śnieżne zabawy

Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się, że zima będzie dla mnie aż tak trudnym okresem zdjęciowym, zwłaszcza, że lalkowym jest, jak zawsze, bardzo łatwym i przyjemnym - bąble zajmują sporą część mojego dnia codziennie, ciągle coś dla nich majstruję i jest nam razem równie świetnie co latem. Ze zdjęciami jest gorzej - koniec semestru w maturalnej klasie i codzienne dojazdy sprawiają, że jakikolwiek czas dla siebie mam... Kiedy jest już całkowicie ciemno, i tu właśnie kończą się szanse na regularne zdjęcia, na które pomysłów i chęci mam milion. Ale w końcu udało mi się wygospodarować trochę czasu z tej części dnia, gdy choć mniej-więcej widać jakiekolwiek słońce, kazałam bąblom ubrać się cieplutko i wyskoczyliśmy pobawić się na dworze.








Maluchy zabrały sanki (za które dziękuję tu mojej mamie, Gabrysi i jej mamie!), ciepłe sweterki, które dostały na święta, zimowe butki i mnóstwo energii do dobrej zabawy i ochoczo wybiegły ze mną z domku i wtedy dotarło do mnie, że... Po raz pierwszy widzą śnieg. Sonyeo, która przybyła do mnie pierwsza, jest ze mną od czerwca i nawet ona nie miała jeszcze okazji na zabawy w śniegu, a co dopiero Hayul, którem leci u mnie dopiero trzeci miesiąc, albo Woori, która zamieszkała u mnie w samym środku lata. Co chwilę zadawali mi pytania co to śnieg, skąd się bierze, do czego służy, a uśmiechy nie chciały zejść z ich buziek. No, przynamniej Hayul i Sonyeo pytali, bo Woori stwierdziła tylko, że wie już wszystko o śniegu z... encyklopedii.






Hayul jak zwykle pozował mi jak prawdziwy model i udało mu się nawet na chwilę zmyć uśmiech z twarzy żeby wyjść na zamyślonego.






Woori nawet nie siliła się na pozory powagi i od razu zaczęła produkcję amunicji śnieżek, a uchwycenie jej buźki przy tej robocie, gdy nie była pochylona, okazało się prawdziwym wyzwaniem - jak widać, udało się, ale łatwo nie było.






Sonyeo poczuła się w swoim żywiole i zaczęła rozprawiać, że czuje się jak Królowa Śniegu ze swojej ulubionej bajki. No i przyznam, że mi z Sonyeo na śniegu pracowało się chyba najlepiej w historii - w końcu tło zdjęć było jaśniejsze od niej i jej buzia nie odbijała światła (wbrew pozorom, bo wiem, że słabo to widać - Sonyeo w rzeczywistości jest praktycznie całkiem bialutka).






Bąble nie wytrzymały długo sztywnego pozowania, porwały sanki i pobiegły na pierwsze napotkane wzniesienie. Może nie było ono zbyt duże, ale jak na moje oko, akurat odpowiednie na pierwsze spotkanie ze śniegiem - na większe popisy mamy jeszcze dużo czasu.




Woori, jako najmniej niesprawna fizycznie z całej trójki podjęła się samodzielnej jazdy i opanowała ją dość szybko. Była z siebie tak dumna, że wyjątkowo chętnie mi pozowała - a to się często nie zdarza.





Sonyeo i Hayul, trochę przerażeni próbowaniem swoich sił w jakichkolwiek fizycznych aktywnościach, połączyli siły i zjeżdżali razem. Sonyeo się wycwaniła i strerowanie "pojazdem" zrzuciła na barki biednego Hayula, a on przecież nie mógł niemęsko się poddać i ostatecznie też jakoś sobie radzili, mam nawet wrażenie, że gdy zaproponuję następne wyjście na sanki to nie będą protestować.
















Bąble postanowiły chyba poznać wszystkie zimowe zabawy jednego dnia, bo gdy tylko mimochodem wspomniałam im, że w dzieciństwie zawsze chętnie robiłam aniołki, dosłownie rzucili się na ziemię przebierając rączkami i nóżkami, a potem przez dłuższą chwilę podziwiali efekty swojej pracy. Oczywiście, ich zdaniem, mogłaby być lepsza, gdybym tylko nie stała nad nimi narzekając, że nie mogą tyle leżeć, bo się przeziębią - bardzo przepraszam, że dbam o ich zdrowie.






Woori po raz kolejny wykazała się swoją encyklopedyczną wiedzą oznajmiając, że będzie lepić bałwana - czyli robić coś, o czym Sonyeo i Hayul usłyszeli chyba po raz pierwszy. Samodzielnie, na kolankach, nie przejmując się tym, że była w samych rajstopkach (za to ja przejęłam się chyba za bardzo, jęcząc, że musi dbać o zdrowie), ulepiła wielką śniegową kulę.






Hayul szybko podłapał o co jej chodzi i ochoczo zabrał się za kontynuowanie jej dzieła. Zaskoczył nawet nas wszystkie, wcielając się w rolę starszego, opiekuńczego brata (zwykle zachowuje się jak rozkapryszony, młodszy braciszek Dany, Pullip Merl Gabrysi) i mówiąc Woori, że on się tym zajmie, bo jest silniejszy (oho) i cieplej ubrany.






Ostatecznie to i tak Sonyeo nadała bałwankowi ostateczny wygląd i zadbała o jego buźkę wykazując się estetycznym wyczuciem - do teraz nie znam powodu dla którego jedno oczko miał większe, ale wolałam nie pytać, bo wydał się fajnym gościem, więc po co go peszyć.






Na koniec - niemiłosiernie narzekając na temperaturę - bąble zapozowały mi jeszcze do zdjęcia grupowego razem z Panem Bałwankiem. Gdy zorientowali się, że nie może z nami zamieszkać było im niesamowicie przykro, ale udało mi się ich przekonać, że Pan Bałwanek sobie poradzi - roztopi się, wyparuje i pójdzie do bałwankowego nieba. Nie mam pojęcia na ile ich to uspokoiło, ale teraz, gdy piją ze mną ciepłą herbatkę i się grzeją, wyglądają na całkiem zadowolonych i szepczą cicho między sobą, kiedy by to znów wybrać się na sanki.




A na sam koniec... No właśnie. Tak, to nowy bąbel, który niedługo się pojawi. Pieniądze praktycznie spadły mi z nieba, z adnotacją "masz cudowną pasję, rozwijaj ją", a ja wciąż umieram z wdzięczności, i takim właśnie sposobem z trojaczków za chwilę zrobią się... Czworaczki. Nie mogę się doczekać i wciąż umieram z emocji, a zdradzić mogę tylko jedną wskazówkę - zdjęcia na śniegu w stocku wyjdą przepięknie. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA, tak najkrócej chyba wyrażę co czuję sprawdzając tracking kilka razy dziennie.